Od dzieciństwa uważałem, że życie najlepiej przeżyć mając własną rodzinę: żonę i kilkoro dzieci. Chciałem żyć tak jak większość ludzi. Z osobami duchownymi nie miałem większego kontaktu. Ministrantem byłem pod koniec ósmej klasy, przez około 2 miesiące. Moja wiara była tradycyjna: rano i wieczorem pacierz, w niedziele i święta do kościoła, 3 ÷ 4 razy w roku do spowiedzi oraz "jak trwoga to do Boga". Nie widziałem żadnych przesłanek, by moja droga życiowa miała wyglądać inaczej niż standardowo, czyli w małżeństwie.
Stan taki utrzymywał się do 6.05.1999r. Byłem wtedy w Medjugorie, na pielgrzymce. Miałem prawie 25 lat. W ciągu 1,5 roku przed przyjazdem do Medjugorje nastąpiło wiele zmian w moim życiu. W listopadzie 1997r. wstąpiłem do wspólnoty studenckiej "Woda Życia", działającej przy parafii św. Jakuba Ap. na Ochocie, w Warszawie.
Już od początku bycia w tej wspólnocie więcej się modliłem. Uczyłem się modlitwy wstawienniczej, modlitwy charyzmatycznej, a z Radiem Maryja modlitwy różańcowej. Ważne miejsce w moim życiu zaczęło zajmować czytanie i rozważanie Pisma św. Powoli moje serce otwierało się przed Bogiem. Pewnego dnia, na spotkaniu wspólnoty powierzyłem swoje życie Jezusowi pragnąc, aby On był moim Panem i Zbawicielem. Tym samym świadomie prosiłem, aby odtąd Jezus kierował moim życiem. Moja modlitwa stawała się już nie tylko proszeniem Boga o coś, lecz także dziękczynieniem, uwielbieniem, powierzaniem się Bogu i trwaniem przed Nim. Na modlitwie Pan Bóg uświadomił mi 3 rzeczy:
Kiedy to się stało, zacząłem pragnąć, aby Jego wola wypełniała się w moim życiu.
Pan Bóg przemieniał moje serce, moje myślenie, ale to, że mógłbym być kapłanem, czy zakonnikiem nie wydawało mi się jeszcze możliwe. Uważałem, że się do tego nie nadaję. Myślałem też, że w moim przypadku to trochę za późno.
W końcu pojechałem do Medjugorje. Tam Pan Bóg postawił na mojej drodze dwóch polskich kapłanów. Dowiedziałem się, że jeden z nich wstąpił do seminarium mając 27 lat, a drugi do zakonu mając 28 lat. Tak zrozumiałem, że wiek u mnie nie jest przeszkodą, a czy się nadaję to Pan Bóg lepiej wie niż ja. Wieczorem tego dnia (był to czwartek, 6.05.1999r.), otrzymałem łaskę niesamowitego przeżywania Eucharystii. Czułem się wolny, gotów do pójścia tam, gdzie Pan mnie poprowadzi. Powierzałem moją przyszłość Bogu i czekałem na Jego działanie.
2 miesiące później, w czasie rekolekcji wspólnotowych otrzymałem pierwsze światło. Pan Bóg mówił do mnie przez słowa Pisma Św., że mam być Jego małżonkiem. Nie byłem pewien jak mam to rozumieć. Było to coś nowego dla mnie. Czułem się jak ktoś, kto całe życie chodził po ziemi, a teraz ma wypłynąć na szeroką wodę. Kilka godzin później, podczas modlitwy różańcowej otrzymałem pomoc ze strony Maryi. Matka Boża "mówiła mi", że te słowa rzeczywiście są prawdą, ale żebym się nie lękał, lecz spokojnie czekał pozwalając Bogu działać, a wszystko będzie dobrze.
Rok później podjąłem decyzję o wstąpieniu do Seminarium Diecezji Warszawsko-Praskiej. W ciągu tego roku otrzymywałem od Boga różne wskazówki. Czy to podczas modlitwy osobistej w domu, czy będąc na spotkaniach wspólnoty, rekolekcjach, pielgrzymce pieszej na Jasną Górę nasłuchiwałem głosu Boga, który precyzował swoja wolę. Czasami wydawało mi się, że za mało daję mu okazji, aby mógł przemówić do mnie. W chwilach strapienia duchowego miewałem też obawy, czy tego wszystkiego sobie nie wymyśliłem. Jednak Jezus nie pozostawiał mnie samego. Na swojej drodze spotykałem ludzi, którzy byli dla mnie oparciem, przez których Pan rozwiewał moje wątpliwości. Dawał mi znaki wskazujące drogę, którą mi przygotował, wymagając jedynie, abym Mu ufał i pozwolił się prowadzić.
Będąc na rekolekcjach ignacjańskich, słuchając katechez o rozeznawaniu duchowym we wspólnocie oraz z innych źródeł dowiadywałem się, co należy robić, aby dokonywać prawidłowych wyborów życiowych.
Wreszcie podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium. Było to 10.06.2000r. Pomogła mi w tym św. s. Faustyna (od jakiegoś czasu pogłębiało się moje nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego), a konkretnie słowa z jej "Dzienniczka". Zastanawiając się nad swoim dalszym życiem i przedstawiając Bogu na modlitwie swoją sytuację, rozeznawałem, że wszystko prowadzi "ku seminarium". Ale decyzji jeszcze nie podjąłem. I tego dnia, podczas modlitwy otworzyłem "Dzienniczek" św. s. Faustyny. Przeczytałem słowa mówiące, że aby to wszystko miało sens, to musi to być decyzja podjęta dobrowolnie i z całkowitą świadomością. Zrozumiałem, że Jezus pragnie, abym poszedł za Nim, ale jednocześnie pozostawia mi wolność. Chce, abym to ja podjął decyzję. Było to coś niesamowitego, zadziwiającego. Wszechmogący Bóg czekał na moją zgodę. Uświadamiając sobie to wszystko, pomyślałem, że mógłbym się nie zgodzić. Ale była to myśl, która jeszcze bardziej uzmysłowiła mi, jak wielką Miłością jest Bóg, Miłością, która nie zniewala.
Chwilę potem, w swoim sercu podjąłem decyzję. Postanowiłem ubiegać się o przyjęcie mnie do Seminarium. Równocześnie jednak prosiłem Pana Boga, aby wciąż mnie prowadził i wszystkim kierował. Tak dokonał się mój wybór drogi życiowej.
Od tamtego czasu minęło 5 lat. Był to czas formacji seminaryjnej w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Warszawsko-Praskiej. Moje powołanie w tym okresie wciąż umacniało się.
W przededniu święceń kapłańskich czuję wielką radość i wdzięczność wobec Boga za dar powołania. Jednocześnie mam świadomość, że przede mną wielkie zadanie, zadanie piękne, ale niełatwe - być pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. Ufam jednak Dobremu Bogu, że nie zabraknie mi Jego łaski, Jego pomocy w każdym dniu mego posługiwania. Powierzam swoje życie przez ręce Maryi całkowicie, bez reszty - mojemu Panu, Jezusowi Chrystusowi.
Proszę także Ciebie o pomoc, o modlitwę za mnie, abym był wierny zobowiązaniom, które podejmę w trakcje święceń kapłańskich w Katedrze Warszawsko-Praskiej.
diakon Mariusz Ochnik